To zdarzyło się pierwszy raz w mojej 10-letniej karierze doradcy…

Pierwszy raz w mojej karierze doradcy spotkało mnie coś takiego, na co kompletnie nie byłam przygotowana i na co nie miałam wpływu.

Pana Mirosława znałam od 2014 roku. Trochę trwało zanim stał się moim klientem. Przed podpisaniem pierwszej umowy odbyłam z nim z tego co pamiętam cztery spotkania. Był człowiekiem o bardzo spokojnym usposobieniu. Często opowiadał mi, że ma różnie telefony od firm foreksowych – gdzie ktoś na niego krzyczy i każe mu kupić akcje jakiejś spółki, bo zaraz ich nie będzie. Nie lubił tego.

 – Z Panią to chociaż spokojnie mogę porozmawiać. Te telefony są coraz bardziej denerwujące – jak on może mi coś kazać? Jeszcze mi mówi, że on najlepiej wie, co jest dobre dla moich pieniędzy.

Oprócz inwestycji, podczas naszych spotkań poruszaliśmy też inne tematy. Rozmawialiśmy o wyjazdach na wakacje, o pasjach. W ostatnim czasie jednak Pan Mirosław nie czuł się najlepiej. Mówił, że idzie do szpitala na badania. W końcu powiedział, że ma raka, ale jest dobrej myśli. Podjął nierówną walkę z nowotworem.

Na koniec roku przesłałam mu plik zbiorczy z wykazem jego inwestycji. 9 lutego ma urodziny, więc zadzwoniłam, by złożyć mu życzenia. Telefon tym razem odebrała kobieta, drżącym głosem powiedziała, że Pan Mirosław nie żyje i trwa postępowanie spadkowe oraz że jak będzie gotowa, to się ze mną skontaktuję. I rozłączyła się.

A mnie zamurowało. Wiedziałam, że chorował, ale to co innego, jak masz wpisane dane klienta do telefonu i wiesz, że ten telefon nigdy już nie będzie przez niego odebrany. Zrobiło mi się bardzo dziwnie i po prostu smutno.

Tydzień temu dostałam maila od córki Pana Mirosława z informacją, że jest gotowa z dokumentami.

Ja też byłam gotowa. Sprawdziłam w każdej instytucji, gdzie Pan Mirosław miał środki, jak teraz w szybki i bezpieczny sposób rodzina może je uwolnić.

Spotkałyśmy się, a Pani Sylwia przyniosła ze sobą cały segregator dokumentów. Oprócz tych od notariusza, potwierdzających dziedziczenie, miała również całą teczkę dotyczącą inwestycji, które posiadał Pan Mirosław. – Wydrukowałam też maila od Pani – pokazała moje przygotowane zestawienie inwestycji. – To jest takie czytelne – dzięki Pani wiem, co i gdzie tata miał. Nic nam nie powiedział przed śmiercią. Nawet mama nie wiedziała, że inwestuje. Że ma jakieś pieniądze.

Uspokoiłam ją i powiedziałam, że jest w bardzo komfortowej sytuacji, bo niestety większość Polaków dowiaduje się, że dziedziczy długi, a nie inwestycje.

Omówiłyśmy każdą z inwestycji posiadanych przez Pana Mirosława i kroki jakie należy podjąć, by wycofać środki.

Oprócz prowadzonych przeze mnie inwestycji, Pan Mirosław posiadał jeszcze inne. Pani Sylwia, patrząc na opasły segregator podsumowała nasze spotkanie:

 – Widzi Pani, z Panią to tak prosto i łatwo poszło, a z tymi innymi instytucjami to szkoda gadać. Tata zostawił jakieś wizytówki, ale nikt tam nie odbiera, albo ta osoba już nie pracuję. Dla nich to jest w ogóle kłopot, że klient umiera – bo środki trzeba zabrać. Nie chcą tak chętnie pomagać, ciężko znaleźć osobę, która zajmie się sprawą.

Na prośbę Pani Sylwii zajrzałam również w inne dokumenty. Niektóre rozwiązania finansowe były mi znane z rynku. Jeżeli będę mogła pomoc, to to zrobię.

Ta sytuacja bardzo dużo mnie nauczyła. Nigdy nie patrzyłam na aspekt mojej pracy z punktu widzenia rodziny, która dziedziczy po zmarłym. Zawsze kontakt z prowadzonym klientem był najważniejszy. Powstaje też pytanie, dlaczego małżonka Pana Mirosława nie była wtajemniczona w jego inwestycje? Pani Sylwia na spotkaniu powiedziała coś takiego, że tata wiedział, jaka mama jest – zaraz by znalazła zastosowanie dla tych środków…

Ps. Dla uszanowania sytuacji rodziny zmarłego imiona we wpisie zostały zmienione.

 

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: