
Stojąc przed obrazem Śpiącej Wenus z Kupidynem, zaczęłam rozmyślać o kobiecym ciele i o tym, jak bardzo na przestrzeni wieków zmieniały się kanony piękna.
Wenus – symbol kobiety idealnej. Zgodnie z tradycją akademicką artysta rzadko malował jedną konkretną osobę. Często składał wizję piękna z najwspanialszych fragmentów wielu modelek lub idealizował rysy według klasycznych, greckich proporcji. Modelka dawała pozę, ale obraz był odzwierciedleniem nierealnego ideału.
A jak jest dzisiaj? Z mediów znów wylewa się kult skrajnej chudości, a z portali społecznościowych – tzw. „ozempikowa twarz” i sylwetka. Z jednej strony bombardują nas sztucznie kreowane trendy, z drugiej – słyszymy o ciałopozytywności i akceptacji siebie taką, jaką się jest.
Ciało w niepłodności
W procesie leczenia niepłodności kobiece ciało wystawiane jest na ogromną próbę. Jest doświadczane przez zastrzyki z dużą dawką hormonów, ciągłe badania, czasem siniaki. Ciało znosi naprawdę wiele.
W konsekwencji moje pacjentki często mówią o dysocjacji – o poczuciu „działania jak maszyna”. Opisują to tak, jakby całe leczenie i ten fizyczny trud działy się gdzieś obok nich, jakby odcinały się od własnego ciała, by po prostu przetrwać.
Ciało jako dom
W spotkaniach z pacjentkami bardzo często pracujemy nad powrotem do siebie – nad ponowną integracją z własnym ciałem. O to, by zacząć traktować je jak dom, bezpieczne mieszkanie, a nie tylko narzędzie do osiągnięcia celu.
Bo ciało to TY – nie da się go wydzielić od Ciebie na czas leczenia. To ono pierwsze manifestuje, że coś jest nie tak. Ono wie i czuje wcześniej. Nie rezygnuj z jego mądrości.
Uczymy się nie uciekać od niego, ale zacząć go słuchać. Dać mu utulenie, akceptację i wewnętrzną zgodę na to, czego aktualnie doświadcza. Bycia obecną w leczeniu w pełni – ciałem, umysłem i duchem.
Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń: czy w trakcie leczenia lub trudnych momentów w życiu czujecie kontakt ze swoim ciałem, czy raczej zdarza Wam się od niego odcinać?
